28 sierpnia wydarzenie rozpoczęto uroczystą mszą świętą Waplewie Wielkim w kościele pw. św. Maksymiliana Kolbe (gmina Stary Targ, powiat sztumski), gdzie została odprawiona msza święta w intencji Ojczyzny, koncelebrowana przez JE biskupa elbląskiego Wojciecha Skibickiego. Ksiądz biskup otrzymał po mszy „Medal im. D. Siedzikówny Inki”.
Całe wydarzenie wraz z oprawą przygotowała Konfederacja Orderu Św. Stanisława we współpracy z lokalnymi działaczami i Klubem Gazety Polskiej. Obchody odbyły się zgodnie z oficjalnym ceremoniałem, zatwierdzonym przez Kancelarię Prezydenta RP i pod jej patronatem, z udziałem przedstawicieli władz samorządowych oraz zaproszonych delegacji.
Hołd w Tulicach
W Tulicach przy pomniku Inki i głazie pamięci na pamiątkę potyczki Żołnierzy Wyklętych w Tulicach złożono kwiaty, znicze i oddano hołd bohaterce, której los stał się jednym z symboli walki o wolną Polskę. Wciągnięto flagę na maszt, a uczestnicy pod pomnikiem zaśpiewali „Mazurka Dąbrowskiego” i odmówili modlitwę. W Tulicach ks. biskup wręczył „Medal Inki” także doktorowi Mariuszowi Żółtowskiemu, znanemu chirurgowi sztumskiemu oraz wieloletniemu radnemu; Arkadiuszowi Dzikowskiemu i Ireneuszowi Żmińskiemu, prezesowi elbląskiego koła Niezależnego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.
- Tulice były miejscem potyczki w 1946 r. pomiędzy oddziałem 5. Wileńskiej Brygady AK, dowodzonej przez mjra Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” z oddziałami milicji i Służby Bezpieczeństwa z Malborka – mówił Piotr Stec jeden z organizatorów z Konfederacji Orderu Św. Stanisława oraz radny Rady Powiatu Sztumskiego. - Było wielu rannych w tym Zdzisław Badocha „Żelazny”, który następnie został przewieziony do Czernina, gdzie zginął. Tulice i inne miejsca przez całe lata były zakłamywane. Tutaj w Tulicach stał pomnik milicjantów, którzy walczyli z oddziałem wyklętych, jak to się wtedy mówiło z „reakcją”. Nie przetrwał jednak próby czasu i niszczał, bo nic co nie jest szczere i autentyczne nie uchowa się długo. Dzięki inicjatywie przeoratu Orderu Św. Stanisława udało się to miejsce odkłamać i upamiętnić. Jesteśmy tego dowodem, gromadząc się m.in. tu kilka razy w roku. „Inka” była niezwykłą dziewczyną, niespełna 18-letnią. Kiedy większość osób w jej wieku zaczyna dorosłe życie, jej musiało potoczyć się inaczej i zakończyć przedwcześnie.
Bogdan Wiśniewski, komandor komandorii pelplińskiej Orderu Św. Stanisława odczytał „apel poległych” . Miłym akcentem było pojawienie się młodzieży, która pobiegła w rocznicę śmierci sanitariuszki, a jej delegacja złożyła kwiaty pod pomnikiem.
„Powiedzcie babci, że zachowałam się jak trzeba”
W czasie przemówień wielokrotnie podkreślano słowa „Inki”: „Powiedzcie babci, że zachowałam się jak trzeba”. 17-letnia Danuta Siedzikówna mimo kłamliwych oskarżeń i tortur nikogo nie wydała. Po latach z zeznań świadków jasno wynika, że postrzelonych milicjantów „Inka” opatrywała, a nie do nich strzelała. Niemniej do oddziału AK-owców dołączyła dobrowolnie, nie zgadzając się na komunistyczny porządek w powojennej Polsce.
Podczas uroczystości upamiętniających przypomniano okoliczności egzekucji, w której wraz z Feliksem Selmanowicze „Zagończykiem” nie zginęła od pierwszej salwy plutonu egzekucyjnego, bo nikt z funkcjonariuszy nie chciał zabić „Inki”. Została dobita strzałem w tył głowy przez dowódcę plutonu. Przed śmiercią oboje zawołali: „Niech żyje Wolna Polska”. Inka zdążyła także dodać: „Niech żyje „Łupaszko”!” Dodajmy, że oboje zamordowani byli ofiarami pokazowego procesu, który nie miał z praworządnością nic wspólnego. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Co ciekawe, na liście z prośbą do Bieruta nie ma podpisu „Inki”.
„Inka” została zrehabilitowana 10 czerwca 1991 r. gdy Sąd Wojewódzki w Gdańsku uznał komunistyczny wyrok za nieważny, stwierdzając także, że Danuta Siedzikówna „działała na rzecz niepodległego bytu polskiego”.
Rodzinne losy Siedzików
Rys historyczny związany z biografią „Inki” przedstawił Arkadiusz Dzikowski, lokalny historyk – pasjonata. Mogliśmy dowiedzieć się m.in., że Wacław Siedzik ojciec Inki już w czasie studiów w Petersburgu prowadził działalność antycarską, a następnie został skazany za to przez władze na katorgę w kopalni złota. 1926 r. wrócił jednak do Polski. Po roku przyszła na świat „Inka”. Rodzina Siedzików mieszkała z dziećmi w leśniczówce w Olchówce koło Narewki.
W czasie wojny jej ojciec 10 lutego 1940 r. został wywieziony przez Sowietów do łagru w ramach pierwszej wielkiej wywózki mieszkańców Kresów na Wschód. Stamtąd przedostał się do nowo formowanej armii Władysława Andersa. Niestety jego stan zdrowia nie pozwolił mu na walkę w armii generała Andersa. Zmarł 6 czerwca 1943 w Teheranie.
Po oficjalnej części organizatorzy zaprosili uczestników na poczęstunek. Delegacje miały też możliwość udania się do innych miejsc pamięci związanych z Żołnierzami Niezłomnymi na Powiślu – między innymi w Sztumie, Czerninie, Zarzeczu i Mikołajkach Pomorskich.
W Tulicach z inicjatywy Konfederacji Orderu Św. Stanisława umieszczono tablicę z informacją historyczną o „Ince”. Po drugiej stronie to miejsce próbowała też ożywić młodzież malborska ze szwadronu „Powiśle”. Jest tam także drewniana rzeźba sanitariuszki.
Tegoroczne uroczystości odbywają się pod patronatem Kancelarii Prezydenta RP. To będzie ważny dzień nie tylko dla mieszkańców Powiśla, ale dla wszystkich, którzy chcą zatrzymać się na chwilę i oddać hołd tym, którzy za wolną Polskę zapłacili najwyższą cenę.
Dodajmy, że dzięki osobistym zabiegom m.in. Stefana Kukowskiego, Wielkiego Mistrza Orderu Św. Stanisława na Kociewiu i Powiślu w szczególny sposób można upamiętnić śmierć „Inki” oraz innych żołnierzy niezłomnych m.in. za sprawą objęcia patronatem tych wydarzeń przez Kancelarię Prezydenta RP Karola Nawrockiego.
Zamordowany za udzielaną pomoc
W spotkaniu pod pomnikiem w Tulicach uczestniczyły także panie Thiel - Melerska i Kamila Thiel Ornass. Obie złożyły wiązankę kwiatów. Pani Thiell – Melerska w swojej przemowie przypomniała okoliczności śmierci wuja, którego los wplótł się w tragiczną historie oddziału „Żelaznego” na Powiślu. Poprosiliśmy ją o chwilę rozmowy.
- Nasz Wuj Ottomar Zilke był właścicielem ponad 1 tys. ha majątku na Kaszubach, ale w 1939 r. skonfiskowano mu całe gospodarstwo, bo nie chciał przyjąć obywatelstwa niemieckiego – wspomina pani Danuta Thiel – Melerska. - W Czerninie otrzymał pracę w majątku Donimirskich. Po 1945 r. pracował jako zarządca ich majątku. W 1945 r. na Powiślu znajdowała się już ludność napływowa, która nie chciała angażować się w żadną pomoc dla żołnierzy podziemia antykomunistycznego. Nauczyciel Semka (z rodziny znanego współczesnego dziennikarza Piotr Semki) poprosił naszego wuja o zorganizowanie w Czerninie małego szpitala dla żołnierzy wyklętych. Po walkach, które miały miejsce na ziemi sztumskiej został aresztowany w 1946 r. i skazano go na karę śmierci z pozbawieniem praw obywatelskich (wyrok wykonano – ścięcie w 1947). Jego ciało przeznaczono do badań sekcyjnych dla studentów medycyny. Początkowo był sądzony za zaniedbania rolnicze i otrzymał niewielki wyrok. Po roku postępowanie wszczęto na nowo i ponownie zarzucono mu szkodnictwo rolnicze. Wyrok śmierci nie był bezpośrednio związany z pomocą udzieloną partyzantom.
Jak usłyszeliśmy rodzina dbała o pamięć niesłusznie skazanego wuja. Najbliżsi krewni przyjeżdżali w to miejsce w czasie Dnia Zadusznego. W Czerninie opowiadano, że żonie Ottomara Zilke po egzekucji męża wydano ubranie ze śladami krwi. Dlatego bliscy podejrzewają, że przed śmiercią był poddawany brutalnemu śledztwu. O. Zilke nie miał dzieci, co sprawiło, że bezpieka nie miała kogo prześladować. W wolnej Polsce po 1989 r. został zrehabilitowany.
Tekst i fot. Wawrzyniec Mocny


Napisz komentarz
Komentarze