Strachu się wtedy najadłem, jak przyszło do mnie czterech esbeków do domu

  • 25.09.2020, 09:45
  • DK
Strachu się wtedy najadłem, jak przyszło do mnie czterech esbeków do domu

Podziel się:

Oceń:

Walczyli o wolną i niepodległą Polskę: Rozmowa z Mieczysławem Śliwką, działaczem antykomunistycznego podziemia w Tczewie.

Na początku trochę tendencyjne pytanie, ale ważne. Jak to się zaczęło?

To było 2 lipca 1980 roku. W poniedziałek przyszliśmy do pracy do POLMO, bo pracowałem tam jako frezer modelarz. Należeliśmy z kolegami z pracy do związku zawodowego metalowców i przy wypłacie nam automatycznie odciągali składki na te związki. Wiadomo, że to szło na partię, a nie na związki. No i przyszliśmy drugiego lipca do pracy, wezwali męża zaufania, Tadeusz Landowskiego do rady zakładowej. Powiedzieli mu, żeby załodze przedstawił tak delikatnie , że wchodzą nowe ceny garmażu, bo były bufety w zakładzie, jedna stołówka. I to były drastyczne podwyżki, bo o 70%. A my, większość załogi, w tych bufetach się żywiliśmy i nawet ludzie brali do domu te obiady ze stołówki bo były dobre. Prowadziła to tczewska gastronomia. Landowski zastanawiał się jak powiedzieć o tych podwyżkach, żeby nie było zgrzytu. Doradził mu Konrad Gajewski, nasz kolega, żeby powiesić te ceny spisane na kartce na tablicy ogłoszeń . Ludzie zaczęli to czytać, te młodsze chłopaki z naszego działu, z narzędziowni, zaczęli biegać na działy produkcyjne i mówić o tych podwyżkach. Wszyscy zebrali się w narzędziowni, maszyny powyłączali, nikt nie chciał już pracować. W końcu, stanęliśmy. We wtorek już ściągnęli z Warszawy szefa Centralnej Rady Związków Zawodowych – Jana Szydlaka. Do POLMO przyjechał dyrektor generalny Zjednoczenia Przemysłu Motoryzacyjnego i pierwszy sekretarz powiatowy. W narzędziowni zrobił się wielki wiec. Nie mieliśmy komitetu strajkowego, to było wszystko przeprowadzone spontanicznie.

Skoro był spontaniczny to jakie były wasze cele, dążenia?

Cele były takie, że mają przywrócić ceny jakie były przed podwyżką i domagaliśmy się żeby podwyższyć nam płace, bo były wówczas cienkie. Rządowa komisja w uzgodnieniu z naszą dyrekcją uzgodniła, że ceny przywrócą takie, jakie były i podwyższyli nam płace. No więc od środy przystąpiliśmy do pracy. Później tak po cichu się dowiadywaliśmy, że były przygotowywane jakieś czarne listy do wyrzucenia z pracy, niby przywódców. Uratowały nas, można tak powiedzieć, strajki 14 sierpnia, które wybuchły w Gdańsku.

Czyli wówczas nie ponieśliście żadnych konsekwencji?

No na ten czas nie. W sierpniu przystąpiliśmy do strajku dopiero 20, albo 21 dnia miesiąca. Z tego względu, że w lipcu swoje uzyskaliśmy. Tydzień czasu się przeciągnęło zanim POLMO przystąpiło do strajku okupacyjnego. Do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego wysłaliśmy gońca, Leszka Lamkiewicza. Wybraliśmy też nasz zakładowy komitet strajkowy, a inżynier Andrzej Kaszuba został przewodniczącym.

Co było dalej?

Przejęliśmy zakład, jako komitet strajkowy i opieczętowaliśmy wszystkie magazyny, bo straszył nas sekretarz partii, że jak po strajkach zrobią remanenty i czegoś w tych magazynach zabraknie, to nie wyjdziemy z więzienia. Wszystkie straty będą na naszą niekorzyść.

Nasz dyrektor był zdecydowanym przeciwnikiem tego strajku, tak samo partia. Wystawiliśmy straże wzdłuż płotów, na głównych portierniach, poustawialiśmy swoich ludzi, żeby nam „góra” nie chodziła po zakładzie. Heniek Tarasiewicz był szefem zabezpieczenia zakładu, a miał doświadczenie bo był kapralem w wojsku. Znał się na rozprowadzaniu wart i ustawianiu tego zabezpieczenia. Sprawnie to poszło.

Powołaliśmy też służbę przeciwpożarową, wiadomo, żeby nie kopcili papierosów w szatniach, żeby nie spowodować gdzieś pożaru. Mietek Tyda był odpowiedzialny za bezpieczeństwo przeciwpożarowe, a służył w ochotniczej straży pożarnej w POLMO. Wywiązał się z zadania bardzo dobrze. No i wyznaczyliśmy punkty gdzie można było palić. Do tego jeszcze zrobiliśmy komitet socjalny. Nadwyżki jedzenia były przekazywane tym, co mieli daleko do domu. Dzielili się ludzie. No i dopiero gdzieś tak po trzech dniach uruchomiono stołówkę zakładową, także już mogliśmy tam iść, sobie coś ciepłego zjeść.

"Przejęliśmy zakład, jako komitet strajkowy i opieczętowaliśmy wszystkie magazyny, bo straszył nas sekretarz partii, że jak po strajkach zrobią remanenty i czegoś w tych magazynach zabraknie, to nie wyjdziemy z więzienia. Wszystkie straty będą na naszą niekorzyść".

To w sumie była bardzo dobra organizacja jak na taki spontaniczny strajk.

Tak, to była zasługa Andrzeja (Kaszuby — przyp. red.), on tak potrafił z głową wszystko zorganizować. Niestety nie udało nam się przejąć radiowęzła zakładowego. Dyrektor był zdecydowany, że wszystko nam odda, ale węzła nie. No wiadomo, bo propaganda (śmiech). To my zdecydowaliśmy, że jak wy tak, to też nie będziecie z radiowęzła korzystać, nie będzie wam wolno prowadzić agitacji. Wydali wówczas taki list, odezwę do załogi, że jesteśmy wywrotowcami, przeciwnikami socjalizmu. Żeby nas, rozrabiaków, nie słuchać. Załoga jednak nie zareagowała, wszyscy się do nas przyłączyli. Zdecydowaliśmy też, że kto wyszedł z zakładu sam, bez przepustki, nie miał już prawa powrotu . Dyrektor chciał wejść, była z nim szarpanina. Stanisław Mrozek, który szarpał tego dyrektora, znalazł się na liście internowanych. Aż mu guzik oderwał jak się szarpali.

Potem wiadomo, strajk się zakończył podpisaniem porozumień rządowych, na drugi dzień wróciliśmy do pracy. Przeprowadzone były wybory do władz związkowych. Najpierw na poszczególnych wydziałach, a później wybory zakładowe. Zdecydowanie wygrał je Andrzej Kaszuba, więc został przewodniczącym związku „Solidarność” w zakładzie. Leszek Lamkiewicz został wiceprzewodniczącym.

Zaczęliśmy działać. Założyliśmy Komitet Obrony Więzionych za Przekonania. Należałem do tego komitetu razem ze Zdzisławem Stachowiczem i Konradem Gajewski. Naszym zadaniem było uwolnić wszystkich więźniów politycznych. Wszystkich co siedzieli w więzieniach, a głównie chodziło o Konfederację Polski Niepodległej. Moczulski, Szeremetiew, Stański, siedzieli w więzieniach, mimo że porozumienia były podpisane. Nie miało być więźniów politycznych, a oni nadal siedzieli. Zorganizowaliśmy ogólnopolski zjazd Komitetów Więzionych za Przekonania w auli akademii medycznej w Gdańsku. No i prosto z więzienia przyjechał do nas Moczulski i swoje powiedział.

Powołaliśmy też w zakładzie radę pracowniczą. Ja też wystartowałem w wyborach do niej, bo Kaszuba namawiał, żeby jak najwięcej robotników było w radzie. To już nie była rada zakładowa, tylko rada pracownicza. Przejęliśmy de facto władzę w zakładzie i ogłosiliśmy konkurs na dyrektora naczelnego. Zgłosiło się kilku chętnych. Z Gdyni przyjechał kandydat – Józef Bogacki. Wybraliśmy właśnie jego. Kiedy wprowadzono stan wojenny, umarł na zawał serca 27 grudnia.

Spotkanie opozycjonistów z Anną Walentynowicz (siedzi) w Kanadzie. Na zdjęciu Andrzej Kaszuba (pierwszy z prawej) i Zdzisław Stachowicz (drugi z prawej).

Czyli w sumie strajk w POLMO wyszedł poza zakład.

Tak, bo Tadeusz Wilczarski jeździł do Zjednoczenia spotykać się z zakładami, które wchodziły w skład tej grupy: Jelcz, Starachowice, Sanok. Namawiał do tego, żeby rozwalić zjednoczenie państwowe, które było i na zasadzie dobrowolności zbudować nowe od podstaw. Zagrozili nam jednak, że jeżeli by do tego doszło, to nam odetną dolary. Bo niektóre rzeczy do produkcji, trzeba było kupować na zachodzie, a na zachodzie trzeba było płacić dolarami . Nie wiem jakby się to zakończyło, wprowadzili stan wojenny i to wszystko upadło.

 

A jak Pan przeżył stan wojenny?

W poniedziałek 14 grudnia 1981 roku ogłosiliśmy w POLMO strajk okupacyjny. To jedyny zakład w całym Tczewie, który zastrajkował. Na liście do prokuratora znalazł się Stachowicz, Stefan Jędrzejczyk i ja. Widniałem tam jako organizator strajku. Zdzichu Stachowicz to był taki bojownik. Wszedł gdzieś na maszynę i ogłosił strajk. No to kierownik go podkablował do esbecji, Jędrzejczyka też. 18 grudnia skończyliśmy strajk, bo już wcześniej nastąpiła pacyfikacji Gdańska, Huty i jeszcze kopalni Wujek. Przecież wtedy specjalne oddziały ZOMO zastrzeliły 9 górników. To wszystko już było rozwalone, więc cały czas nam trąbili w piątek, że jak nie wyjdziemy z zakładu to spacyfikują i nas. Wtedy zebraliśmy się, cała załoga przegłosowała o 17:15, że wychodzimy. Były też takie „narwańce”, które chciały się bić, ale nie było przecież szans. Potłukliby nas tam, że hej!

Potem rozwiązali zakład całkowicie i dopiero po nowym roku nas, robotników, wezwali. Nastąpiła weryfikacja, jedni albo wrócili do pracy, a jedni won za bramę i wręczali im dyscyplinarne zwolnienia. 123 ludzi wyrzucili, a internowanych było z POLMO dziesięciu. Tak się bali zakładu POLMO, bo byliśmy wiodącym zakładem w okolicy. No i później, na początku stycznia aresztowali Stachowicza, Jędrzejczyka, Sadowskiego i Wójcickiego. Najwięcej dostał Zdzichu (Stachowicz — przyp. red.), 18 miesięcy. Stefan Jędrzejczyk siedział chyba trzy. Wójcicki chyba też coś trzy — cztery miesiące. On namalował na murze w odlewni w zakładzie czołg. W jego lufie kwiaty i napisał „Wojsko Polskie z nami” i „z niewolnika nie będzie robotnika”. Jeszcze Adam Galewski z nim malował, to były młode chłopaki. Mieli po 19-20 lat. Galewski się ukrywał, jego matka była lekarzem, to jakoś go schowała i nie siedział w więzieniu.