wtorek, 4 października 2022 09:54
Reklama
Reklama

Wówczas dowiedziałem się, że w tym zakładzie pracować już nie będę. To był ciężki moment w moim życiu

Walczyli o wolną i niepodległą Polskę: Rozmowa z Markiem Piwońskim, wieloletnim związkowcem „Solidarności” i opozycjonistą z lat 80-tych.
Wówczas dowiedziałem się, że w tym zakładzie pracować już nie będę. To był ciężki moment w moim życiu

Wspominał Pan kiedyś, że całe swoje życie zawodowe chciałby związać z POLMO. Nie żałował Pan w tym kontekście zwolnienia po strajku w grudniu 1981 roku?

Wie Pan, to była wówczas sprawa emocji. Władza miała wówczas wszystko. Mogła pracę równie dobrze dać, co i odebrać. Nową pracę w Spółdzielni Inwalidów „Wisła” otrzymałem tylko i wyłącznie po znajomości. Wiedziałem, że nawet jak mnie stamtąd zwolnią, to otrzymałbym inny papier, niż taki „wilczy bilet” z grudnia 81’. Bardzo pomógł mi ksiądz Wysga. Bez wahania na kolędzie położył mi pieniądze na stole. Zresztą pomoc była i od kolegów. Wspieraliśmy się. Przecież już wcześniej stworzono zbiórki pieniędzy dla rodzin internowanych . Była grupa wsparcia.

Wiedziałem, za co byłem zwolniony. Nie było zmiłuj się, gdy władzy skrzywiło się palec. Po drugie miałem poczucie spełnienia, że jednak czegoś dokonałem, mimo straty pracy, źródła utrzymania. Była to pewna niezręczność, bo miałem już wtedy czwórkę dzieci. Myślałem zresztą, że w POLMO dojdę do lat emerytalnych. Dobrze mi się tam pracowało, głównie ze względu na zgraną grupę ludzi. Jeden drugiemu pomagał. Zżyliśmy się przez piłkę nożną. Graliśmy w Tczewie, czy Gorzędzieju z Jerzym Wojdą, Zenkiem Różanowskim, Zenkiem Pawłowskim Rysiem Nathem i innymi. To nas połączyło. Spotykaliśmy się także po pracy, wówczas prowadziliśmy rozmowy na różny temat.

Kiedy został wprowadzony stan wojenny i okazało się, że wielu kolegów nie ma na stanowisku pracy, upomnieliśmy się o nich, okazało się, że zostali internowani w grudniu 81’. Nie chciano nam powiedzieć, gdzie są. Wtenczas nie wiedzieliśmy, że zostali internowani. To tylko nas umocniło, a chęć stania murem za nimi, to był nasz obowiązek.

Po strajku rozpoczęło się formowanie nowej załogi. Odbywało się to w szkole przyzakładowej, przy ulicy Bałdowskiej. Wówczas dowiedziałem się, że w tym zakładzie pracować już nie będę. To był ciężki moment w moim życiu. Miałem świadomość, że moja rodzina ucierpi. Jednak dzięki mojej siostrze i jej koledze Władysławowi Graczykowi dostałem pracę w Spółdzielni Inwalidów „Wisła”. Pracowałem tam 20 lat, aż do zakończenia działalności zakładu.

Dzisiaj nie wiem, może bym postępował inaczej. Wtenczas działała młodość, ten młodzieńczy entuzjazm. Człowiek był nieobliczalny w swoich decyzjach. Dzisiaj jestem ostrożniejszy, dmuchałbym na zimne. Wówczas coś parło. Tak miało być. Ja trochę wierzę w przeznaczenie, że nic nie dzieje się bez ingerencji z góry. Wszystko ma swoje powiązania.

Jak zaczęła się Pana współpraca z Gazetą Tczewską? Rozumiem, że między ludźmi zbędnego kontaktu nie było, ale jakoś Pan musiał się z kimś skontaktować, żeby to rozpocząć.

Tak, miałem wówczas jeszcze kontakt kolegami w POLMO, między innymi z Jerzym Wojdą. To był złoty chłopak. Często nas odwiedzał w spółdzielni. Podejmowaliśmy go kawą. Jednak gazety przynosił mi do domu. Chowałem je pod szafę wiszącą, która swym ciężarem przyciskała „Tczewską” do ściany. Gazeta rozchodziła się potajemnie. Nie była to publiczna działalność. Wiadomo było, komu można ją dać. A ten kto dostał, wiedział komu może ją przekazać dalej. Przy okazji były również zbierane datki, które były przekazywane na „Tczewską”. Potem ukazywały się potwierdzenia wpłaty, które zbierałem pod kryptonimem „Ułan”. Przekazywałem je Jerzemu Wojdzie. Był moim głównym współpracownikiem. Mówił mi, żebym nie zadawał zbędnych pytań odnośnie gazety, żebym tylko rozdawał. Nie znałem struktur, kto drukował, kto pierwszy rozdawał. W tamtych czasach warto było wiedzieć jak najmniej na te tematy, bo nie było wiadomo, czy nie wezmą cię na przesłuchanie i nie wymuszą jakiegoś zeznania.

Pytał się Pan jak do tego doszło. To wszystko odbywało się spontanicznie. Tak właściwie nie pamiętam, kiedy był ten pierwszy moment. Kiedy po raz pierwszy poszedłem z tymi gazetkami do ludzi. Podkreślę to tylko raz jeszcze, że była to zasługa Jerzego Wojdy.

Kojarzy Pan najgroźniejszą sytuację podczas podziemnej działalności?

Groźnie było, gdy do zakładu pracy przychodziła esbecja. Interesowała się mną, bo pytali się czy robię jakieś zadymy, akcje plakatowe. Pamiętam też, że kiedy mieszkałem na Ogrodowej, to zawsze na rogu stał jakiś gościu. Nie wiedziałem kto to jest. Szedłem do pracy, stoi. Wracałem, stoi. Szedłem po zakupy, stoi. Wieczorem oglądając telewizję przy zgaszonym świetle zauważyłem głowę zaglądającą do mieszkania, powiedziałem żonie, że ktoś nas obserwuje, za oknem. Wybiegłem do niego i mówię: „O co chodzi”? Nic mi nie odpowiedział, tylko uciekł. Potem widziałem jak stała w tym miejscu inna osoba. Tamten widocznie uznał, że jest „spalony”. Cały czas więc jakaś kontrola nade mną była. W pewnym momencie chciałem zastawić na niego pułapkę. Miałem możliwość przejścia przez piwnicę, pod ulicą i zajść go od tyłu. Stwierdziłem, że to jednak byłoby za duże ryzyko, bo pod drodze był ciemny zaułek. Jeszcze bym dostał po gębie i tyle by mi z tego przyszło. Potem w 1985 roku przeprowadziłem się na Kasztanową, więc nie mieli już możliwości obserwowania mnie przez okno.

Ludzie nadal mylą ROMO z ZOMO?

No wie Pan. Dzisiaj może mało kto wie, co to ZOMO, a co ROMO. Wtedy, kiedy byłem w ROMO to mylili. Dlatego bardzo przeżywałem ten moment.

W 1982 roku zostałem powołany do rezerwy, właśnie do oddziałów ROMO. Mogłem się nie stawić na wezwanie, mogłem sobie posiedzieć parę lat, ale… próbowano mnie reklamować przez zakład pracy, ale bezskutecznie.

Kiedy wywieźli nas do Gdańska, zastanawiałem się jak założę ten milicyjny mundur. Może dobrze, że byliśmy w Gdańsku, bo od razu daliśmy po sobie poznać, że jesteśmy „przebierańcami”. Stacjonowaliśmy na Słowackiego we Wrzeszczu. Trzymałem się z Zbigniewem Brzękiem, Wojciechem Kriekowskim i Andrzejem Brzezińskim. Pamiętam, że jak wjeżdżaliśmy na Aleję Grunwaldzką zaczęliśmy śpiewać pieśni kościelne. To nas ukazywało w innym świetle. Jadący za nami mieszkańcy Gdańska wymachiwali do nas rękoma w geście litery „V”.

Byli co prawda ludzie, którzy posłusznie wypełniali rozkazy, gonili „wrogów ludu”. To, że ja tam nie wylądowałem w więzieniu, to chyba opatrzność nade mną czuwała. Pamiętam jak facet od spraw politycznych, mówiliśmy na niego „Smutny Franek”, spytał się mnie: „Piwoński, co wy tam te pieśni religijne śpiewacie”? Powiedziałem, że dawno nie byłem w kościele . „No to teraz w niedzielę pojedziecie”. Zaczynał się mnie pytać ile mam dzieci, które ile ma lat. Pododawał im po pięć wiosen. „No to jak Pan wyjdzie, to tyle będą miały”. Myśleli, że mnie złamią. Fakt, trochę się obawiałem. Przecież wtedy ginęli ludzie.

Potem mieli nas dosyć i nigdzie nas nie angażowali. My tylko tam byliśmy. Na koniec pamiętam jak siedziałem w domu w swoim pokoju i słuchałem radia „Wolna Europa”. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Aż mi się nogi ugięły, bo za drzwiami stał gliniarz. „Pan Piwoński”? W tle cały czas nadaje „Wolna Europa”. Powiedział, że chce mi wydrzeć kartę mobilizacyjną z książeczki wojskowej. Spytałem się czy mogę uczynić to sam. Kiedy powiedział, że tak, zrobiłem to z przyjemnością. Od tamtego czasu miałem spokój z milicją.

Bo przypomnijmy, że ROMO to były rezerwowe oddziały Milicji Obywatelskiej, a ZOMO to były zmechanizowane oddziały. Do ZOMO szli nawet na ochotnika w zamian za odbycie służby wojskowej. Płacili tam od początku służby. To byli ludzie naprawdę oddani władzy.

Pytam się o to, bo o ROMO bardzo mało się mówi, a większość ludzi przecież nie chciała tam być.

Tak, chociaż muszę powiedzieć, że towarzystwo było wymieszane. Jacyś emerytowani milicjanci, czy ochotnicy. Był taki jeden z Tczewa. Aż się rwał na pierwszą linię. Tacy byli jednocześnie informatorami. Mówili przełożonym, o czym rozmawialiśmy. Trzeba było trzymać się z zaufanymi ludźmi. Pamiętam, że Zbigniew Brzęk poszedł na przepustkę i pożyczył ode mnie kurtkę. Zapomniałem, że zostawiłem w niej mój dowód osobisty. Na tej jego przepustce doszło do tego, że trafił na komendę milicji. To on, nie wiedząc na którym był piętrze, złapał kurtkę, bloczek, na którym go spisywali i wyskoczył przez okno. Przyszedł do nas obdrapany, ale go nie złapali.

A które to było piętro?

Całe szczęście pierwsze. Przez drzwi by nie wybiegł, bo były zamknięte magnetycznie. Powiedział mi potem, że musiał dorwać mój dowód, meldunek, który spisywali i wyskoczyć przez okno. To była dopiero desperacja! Także tak to z ROMO wyglądało.

Ale muszę powiedzieć, że zaskarbiliśmy sobie sympatię ludzie. Litowali się nad nami. Mówili: „chodźcie chłopaki na herbatę”. Przyjmowali nas do domu i spędzaliśmy tam całą służbę. Potem wracaliśmy na miejsce zbiórki. Czasem graliśmy nawet w karty. Także dywersja była na całego. To, że się nie dostałem do tego więzienia, to był chyba cud. To był najgorszy okres w moim życiu.

Mój pobyt w ROMO uważałem za bardzo upokarzający. Myślę , że było to gorsze niż internowanie. Bo internowani są traktowani jak bohaterowie, a na nas patrzono z podejrzliwością. Może mnie tam przekręcili, nawiązali ze mną jakąś współpracę? Po zakończeniu tego okresu trzeba było się na nowo uwiarygadniać, a przecież powołanie do ROMO było to z przymusu, bez mojej chęci. Przeżyłem to jednak. Powtarzając za Inką: „Zachowałem się jak trzeba”.

W środowisku związkowym „Solidarności” był Pan jednak aż do 2002 roku. To sporo czasu, ma Pan szerokie spojrzenie. Czym jest dzisiaj „Solidarność”? Dalej związkiem, zapleczem politycznym, a może czymś zupełnie innym?

Wie Pan, patrząc z perspektywy obecnych wydarzeń to już na pewno nie jest ta sama „Solidarność”. 2 lipca obchodziliśmy rocznicę pierwszych strajków w POLMO. Byłem zdziwiony, że pod zakładem składali kwiaty ludzie np. z IPN-u, nie było natomiast przewodniczącego „Solidarności” z POLMO. Jak się dowiedziałem, nie przyszedł, bo miał tamtego dnia wolne. W moim poczuciu i z perspektywy czasu, ja poświęcałem tylko swój wolny czas. Nieraz kosztem rodziny. Kiedy był strajk, nie było mnie w domu, a to był mój prywatny czas. Nawet członków rodziny angażowałem w różnych pracach związkowych, chociażby akcje plakatowe, wyjazdy pielgrzymki ludzi pracy. Na tę pielgrzymkę co roku zabierałem też pewną chorą kobietę na wózku, opiekowałem się nią. Chciałem też jej pokazać to, czego ona na pewno by nie zobaczyła. Dzisiaj z Tczewa nie wyjeżdża już żaden autokar. A to jest właśnie święto ludzi pracy.

Dla mnie oni teraz nie mają już tego poczucia obowiązku. Tego bakcyla. Bakcyla typowego działacza. Nie podoba mi się to, bo tą naszą pracę powoli się zaprzepaszcza. Może my wychodziliśmy za bardzo przed szereg, może oni nam zarzucają że byliśmy za bardzo otwarci. Dla mnie jednak „Solidarność” to solidarność między jednym, a drugim. Żeby między jednym, a drugim była pomoc. Trzeba być otwartym na drugiego człowieka, nie zamykać się przed nim.

To, że Spółdzielnia Inwalidów „Wisła” upadła, było też przyczynkiem braku pomocy z zewnątrz. Musieliśmy mierzyć się z przemysłem, jak równy z równym. Zatrudnialiśmy przecież inwalidów, którzy stanowili 75% załogi. Ci ludzie skończyli szkoły specjalne. Tylko nieliczni byli w pełni sprawni psychicznie. Taką załogą ciężko się zarządza, więc nie byliśmy tak atrakcyjni na rynku.

Dzisiaj inwalidzi siedzą po domach, biorą głodowe renty, nie mając możliwości spotkań z innymi. Bo kiedy pracowali to była nich rehabilitacja w procesie pracy. Myślę, że tym ludziom to dużo dawało. Pracownicy służby socjalnej dobrze się nimi opiekowali. Dzisiaj te osoby zostały skazane same na siebie.

„Solidarność” została rozmieniona na drobne, wydaje mi się, że zbyt duża ilość związkowców odeszła do działalności partyjnej, politycznej. Byłem przeciwny temu, że pchamy się w politykę. Uważałem, że związek zawodowy powinien być bardziej rewindykacyjny. Nie idzie to z polityką w parze. No bo jak, do 15:00 mam być w związkowcem, a po 15:00 mam być działaczem partyjnym? Inaczej, jak można mieć pewne zobowiązania wobec pracowników, a potem iść do Rady Miasta i podejmować sprzeczne z tym decyzje.

Czyli polityka przeważyła?

Tak, polityka przeważyła. Teraz może PiS i Piotr Duda idą w parze z postulatami wysuwanymi przez związki. Rząd wychodzi naprzeciw tym żądaniom. Trzeba słuchać głosu ludu. Można się na nim oprzeć, bo nie są to żądania wyssane z palca. Mimo wszystko jednak „Solidarność” zaczyna tracić na wartości. Zresztą widać to po liczbie członków. My to robiliśmy za darmo, spontanicznie.

Teraz związkowiec to zawód.

Tak, trochę zatraca się wartości, które nam wówczas przyświecały. Wytykając poprzednim związkom, że ktoś się przyssał do stołka, chcieliśmy robić inaczej. A niektórzy są długoletnimi przewodniczącymi, bo nie robią problemów. Tutaj trzeba wykazać trochę odwagi.

Oczywiście, robiliśmy też błędy, ale zawsze kierowaliśmy się dobrem pracownika i zawsze trzymaliśmy się swojego. Broniliśmy ludzi, którzy byli w związku i płacili składki. Jednak gdy był ktoś wartościowy, nawet gdy nie był w „Solidarności”, broniliśmy i jego.

A te zmiany nie wiążą się z upływem czasu i innym spojrzeniem na pracę?

No tak, na pewno. Teraz pracownik jest, jutro go nie ma. Trochę się zmieniło. Mogę powiedzieć, że byliśmy na początku oddani sprawie. Ludzie mogli na nas liczyć. Czuli się bezpiecznie, kiedy byli w „Solidarności”. Była to może też taka przynęta, żeby zapisać się do nas. Teraz się wszytko rozmyło. Niektórzy mówią, że im się to nie opłaca, bo po co mają płacić składki. Co mi ta „Solidarność” da?

Dziękuję za rozmowę


Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
Reklama
Kopie wielkich mistrzów Henryka Kudzio. ZOBACZ Zaginione dzieła m.in. „Portret młodzieńca” Rafaela Kopie wielkich mistrzów Henryka Kudzio. ZOBACZ Zaginione dzieła m.in. „Portret młodzieńca” Rafaela Spragnionych obcowania ze sztuką zapraszamy do Galerii Henryka Kudzio. Jej kolejna odsłona w najbliższy czwartek – 28 kwietnia o 18.00 w kamienicy Fabryki Sztuk przy ul. Podmurnej 15. Galeria Henryka Kudzio jest bez wątpienia przesiąknięta duchem dzieł wielkich mistrzów. Hans Memling, Hieronim Bosch, Rafael Santi, Leonardo da Vinci, Pieter Bruegel czy Jan Vermeer – to tylko niektórzy artyści, z których twórczością możemy obcować w Fabryce Sztuk. Kopie ich obrazów od lat tworzy artysta malarz, grafik Henryk Kudzio. Czyni to w mistrzowski sposób. Rytmiczna precyzja, dążenie do wiernego odzwierciedlenia oryginału są cechami charakterystycznymi Jego warsztatu. Warto dodać, że nie wszystkie prezentowane w Galerii kopie można oglądać w oryginale w innych muzeach. Do strat wojennych należy „Portret młodzieńca” Rafaela. To dzieło zaginione, zrabowane przez hitlerowskie Niemcy podczas drugiej wojny światowej. Bardzo ciekawe są też przedstawienia oryginalnych rzeźb w formie rysunku. Przykładem jest „Laokoon” z Muzeów Watykańskich oraz „Pieta” Michała Anioła, będąca jedyną sygnowaną rzeźbą tego artysty.     Galerię można odwiedzać do końca października 2022 r. Wstęp bezpłatny. poniedziałek-piątek 8.00-18.00 soboty, niedziele, święta 10.00-18.00 (kwiecień-sierpień) soboty, niedziele, święta 10.00-16.00 (wrzesień-marzec)     Fabryka Sztuk Data rozpoczęcia wydarzenia: 28.04.2022 09:00 – Data zakończenia wydarzenia: 31.10.2022 09:00
Hommage à Profesor Kazimierz Ostrowski. Pamięć obrazów Hommage à Profesor Kazimierz Ostrowski. Pamięć obrazów wernisaż: 15 września 2022, godz.18:00 wystawa czynna: 16 września - 2 października 2022, w godz. 12.00-18.00 miejsce: Zbrojownia Sztuki, Targ Węglowy 6, Gdańsk Artyści: Badowska Wilga, Bau Jarosław, Bereźnicki Kiejstut, Bielawski Andrzej, Bryzgalski Kuba, Buczkowski Jan, Cybulski Daniel, Czerniawski Józef, Cześnik Henryk, Dobrowolska Alina, Dolega Zuzanna, Florczak Robert, Garczyński Przemysław, Garnowski Michał, Gliszczyński Krzysztof, Gorczyński Maciej, Ignatowicz Filip, Jadczuk Aleksandra, Józefowicz Katarzyna, Józefowicz Piotr, Kalkowski Kazimierz, Karmasz Andrzej, Kornacki Jacek, Krechowicz Dominika, Krechowicz Jerzy, Kucharski Tomasz, Lasecki Hugon, Lejman Dominik, Lipnicki Sławomir, Łajming Włodzimierz, Łopaciński Przemysław, Miszkin Teresa, Model Marek, Modzelewski Jarosław, Nathan Piotr, Nowicka Hanna, Osicki Janusz, Ostrogórski Jerzy, Pela Magdalena, Pęk Mateusz, Plota Janusz, Pieleszek Jakub, Polkowski Krzysztof, Przyżycka Agata, Reinert-Faleńczyk Anna, Sobczyk Marek, Starzec Teresa, Sylwestrowicz Arkadiusz, Świeszewski Maciej, Targońska Maria, Treppa Zbigniew, Waligórska Anna, Widyński Aleksander, Wróblewski Krzysztof, Wrzesiński Marek, Zaremba Wiesław, Zawicki Marcin, Zdybel Jacek Impulsem do stworzenia wystawy, było przekazanie Uczelni przez córkę Profesora Kazimierza Ostrowskiego, Panią Honoratę Pilszyk, podobrazi, jakie pozostawił po sobie Mistrz. Były to płótna zagruntowane przez Artystę osobiście, gotowe do dalszej pracy, niektóre z ledwo zaczętym szkicem lub próbą pozostawionego koloru. Gdy zobaczyłem je w pracowni w Gdyni (a było to w 2015 roku), pomyślałem, że te podkłady mogłyby stać się inspiracją do stworzenia nowych prac, rodzaju symbolicznej kontynuacji, dokończenia dzieła przez innych malarzy. Przygotowanie wystawy prac namalowanych przez innych twórców, na płótnach należących do Kazimierza Ostrowskiego, było ideą intrygującą, wartą zaangażowania. Podobrazia dość szybko powędrowały nie tylko do jego absolwentów i przyjaciół, ale także artystów z innych ośrodków, przyjaciół związanych z Galerią Koło (w której prace Profesora prezentowane były na wystawie inaugurującej działalność galerii w 1995 roku). Gest ten został przyjęty z zainteresowaniem jako duże wyzwanie artystyczne. Ponieważ ilość podarowanych „Kachowych” płócien była ograniczona, wracając ponownie do pomysłu realizacji wystawy, postanowiłem ją rozszerzyć. Zaproponowałem udział w wystawie wszystkim pracownikom Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Ważny jest udział w projekcie najmłodszych pracowników Wydziału Malarstwa, którzy nie mieli okazji poznania profesora Kazimierza Ostrowskiego, znają osobę Profesora tylko z opowieści. Celem wystawy jest wyrażenie uznania dla twórczej postawy Kazimierza Ostrowskiego i jego artystycznych zmagań. Jest to także wyzwanie wobec historii i dziedzictwa kultury. Warto przekazywać naszą wspólną historię nowym pokoleniom, które stają się jej symbolicznymi spadkobiercami. Poprzez udział artystów różnych generacji, będziemy mogli przyjrzeć się artystycznym ideom, które mimo pokoleniowych różnic, posiadają wspólny rodowód. Istotny jest także modernistyczny rys w twórczości Profesora i jej relacja z malarstwem współczesnym. W obecnym roku 2022 mija 105 rocznica urodzin Profesora i pewnie gdyby żył, celebrowalibyśmy ją hucznie. Mamy niecodzienną okazję by tak się stało, by na chwilę wrócić do wspólnie spędzonych chwil. W 2002 roku byłem pomysłodawcą utworzenia Nagrody im. Kazimierza Ostrowskiego, którą Zarząd Okręgu ZPAP w Gdańsku przyznaje dorocznie za wybitne osiągnięcia w dziedzinie malarstwa. W 2010 roku, pełniąc funkcję Dziekana Wydziału Malarstwa, zainicjowałem wydawnictwo o charakterze dokumentacyjnym, w którym sporo artystów mogło się podzielić swoimi wspomnieniami związanymi z osobą Profesora. Wielu z nich nie ma już wśród z nas. Pozostają nieocenione słowa, które z czasem nabierają szczególnej wymowy. Rozpoczęty dialog wymaga kontynuacji, by mógł rozwijać się w czasie, nabrać impetu. Ważną częścią projektu jest wydawnictwo, które zostanie zrealizowane po wystawie. Biorący udział w tym przedsięwzięciu artyści, będą mogli zaprezentować nie tylko swoje dzieła, ale także wspomnienia związane z Profesorem oraz refleksje odnoszące się do czasów studiów na Wydziale Malarstwa. To niecodzienne spotkanie jest dla nas wszystkich okazją, by oddać hołd Profesorowi oraz docenić Jego wiarę w sztukę i przepełnione pasją oddanie profesji malarza. Krzysztof Gliszczyński Kurator: prof. dr hab. Krzysztof Gliszczyński Współpraca kuratorska: dr Daniel Cybulski Wydział Malarstwa ASP w Gdańsku Patroni medialni: trójmiasto.pl, Magazyn „Linia”, Magazyn Trójmiejski „Prestiż”, "Notes na 6 tygodni", Radio Gdańs Wydarzenie FB:  https://www.facebook.com/events/422290226552438  Data rozpoczęcia wydarzenia: 18.08.2022 14:00 – Data zakończenia wydarzenia: 02.10.2022 18:00
Reklama
a